Ślub
na Santorini
Często dostaję pytanie: „Te zdjęcia z Santorini to naprawdę tak tam wygląda, czy to wszystko filtry?” Odpowiedź? Tak wygląda. A w rzeczywistości nawet lepiej!
We wrześniu 2025 miałem okazję fotografować ślub Angeliki i Macieja na Santorini. Był to mój drugi wyjazd do Grecji w tamtym sezonie – po czerwcowej pracy na Krecie przyszedł czas na wyspę, o której marzy chyba każdy fotograf ślubny, w tym również ja.
Zapraszam Was do środka, od białych labiryntów, przez przysięgę, po autostop w drodze do Oia. Jeśli planujecie ślub za granicą i szukacie fotografa ślubnego to ta relacja pokaże Wam, jak to wygląda.
Dzień ślubu
Poranny research
Nasza wspólna przygoda zaczęła się od spotkania w hotelu, w której zameldowała się Para Młoda, jej goście oraz ja z moją żoną. Angelika i Maciej to para, od której bije naturalny luz co dawało gwarancję świetnych ujęć i przyjemnej atmosfery w pracy.
Rano zrobiłem research okolicy, gdzie miała odbyć się ceremonia. Byłem zachwycony, pogoda była idealna, a ja nie mogłem doczekać się już włączenia aparatu i wykonania pierwszych zdjęć ślubnych. Specjalnie na dzień ślubu Angelika i Maciej wynajęli apartament w Firze, dosłownie minutę spacerem od miejsca ceremonii. I tutaj zrozumiałem, dlaczego Santorini jest tak fotogeniczne. Wyobraźcie sobie: wszechobecna biel, która odbija słońce jak reflektor. Ściany zaokrąglone, bez ostrych kantów, co daje zjawiskowy efekt. Między budynkami wąskie, kręte uliczki. Zero samochodów, zero hałasu. Tylko schody prowadzące w górę, w dół, w lewo, w prawo. Jak biały labirynt. Co kilka metrów widać te charakterystyczne łuki, niebieskie drzwi czy okiennice. Już wtedy wiedziałem, że Grecja podbiła moje serce i na ten moment jest numerem jeden w moim rankingu miejsc na ślub za granicą. Fira to nie Oia (tam są te słynne kopuły i największe tłumy), ale efekt bardzo podobny. Może nawet lepszy do pracy, bo spokojniej. Apartament miał prywatny taras z widokiem na kalderę – idealne miejsce na przygotowania bez natłoku turystów robiących selfie za oknem. A to słońce… W środku dnia temperatura sięgała 35 stopni, ale nie było duszno. Suche, gorące powietrze i ciągły, lekki wiatr. Jak w wielkim, białym piecu pod gołym niebem.
Czas ceremonii
Nadszedł czas przygotowań, a te poszły błyskawicznie. Maciej, świadek, garnitur, 15 minut i po sprawie. U Angeliki troszkę dłużej, bo fryzjerka się spóźniła, ale bez paniki. Cały czas towarzyszył mi nowo poznany filmowiec z którym współpracę wspominam bardzo dobrze.
Nie wiem, czy to jeszcze praca, czy spełnienie marzeń. Oczywiście bywały momenty, gdy czułem presję czasu albo zmęczenie (35 stopni w pełnym słońcu robi swoje), ale w takim miejscu? To czysta przyjemność. Od lat marzyłem, żeby fotografować śluby za granicą, a tu proszę: Santorini i greckie słońce.
Po przygotowaniach wraz z innymi gośćmi i Panem Młodym, czekaliśmy na Angelikę. Taras z widokiem na kalderę, kilkaset metrów nad morzem. Cisza. Tylko wiatr i delikatny dźwięk fal odbijających się od klifów. Był z nami również grecki urzędnik i polska wedding plannerka, która dopilnowała każdego detalu.
Nadeszła i ona, Panna Młoda w pięknej, długiej białej sukni, patrząca prosto w oczy swojego ukochanego. Ceremonia się rozpoczęła. Najpierw po grecku, a następnie słowa były tłumaczone na język Polski. W pewnym momencie para zdecydowała się odczytać listy, które wcześniej dla siebie napisali. Takie chwile to gwarantowany wyciskacz łez. A dla mnie? Czas, kiedy palec nie schodzi z migawki. Zdjęcie po zdjęciu, jak fotoreporter w trakcie meczu piłkarskiego, gdzie może przeoczyć ani jednej ważnej akcji.
Całość trwała może 20 minut, ale te kadry? Absolutnie magiczne. Radość, łzy, to błękitne morze w tle. Wiedziałem, że te zdjęcia muszą znaleźć się jak najszybciej w moim portfolio.
Wspólna kolacja
Po ceremonii przenieśliśmy się na taras z basenem i długim stołem z widokiem na morze i zachód słońca. Czułe słowa, upominki i dużo śmiechu. Około 19:00 złapaliśmy golden hour – wróciliśmy na miejsce ceremonii i zrobiliśmy kilka intymnych zdjęć tylko dla pary. Zachód na Santorini to must have każdego fotografa!
Wieczorem pierwszy taniec, tort i kameralna impreza wsród najbliższych. Ja kończyłem pracę i spacerem, przez piękne białe uliczki, wróciłem do hotelu. Wieczorna bryza, lampki, zapach kwiatów – jeden z tych momentów, za które kocham to co robię.
Autostop do Oia i katamaran
Przedostatni dzień był dniem wolnym, więc z żoną zwiedziłem najpopularniejszą Oię. I tutaj ciekawostka: jeździliśmy autostopem. Tak, na Santorini to działa! Świetna frajda i mega satysfakcja, gdy udaje Ci się złapać stopa na półgodzinną trasę. A Oia? To był pewniak i nie zawiodłem się. Bajkowe miejsce, choć z mega ilością turystów. Tak już bywa niestety w pięknych, popularnych miejscach, ale na pewno, warto zwiedzić to miejsce tym bardziej, że wyspa nie jest duża i pokonywanie odległości zajmuje chwilę.
Po powrocie z Oia, Angelika i Maciej zaprosili mnie i moją żonę, na całodniową wycieczkę katamaranem. Popłynęliśmy wzdłuż kaldery i zrobiliśmy kilka luźnych zdjęć rodzinnych. Zero presji, zero sztywnych póz i tak do zachodu słońca, który spędziłem już bez aparatu, by maksymalnie cieszyć się tym co widzę. Niezapomniane wspomnienia!
Dlaczego fotograf z Polski na ślub za granicą?
Wiem, co myślicie: „Może lepiej wziąć kogoś lokalnego?”
Oto, dlaczego pary wybierają mnie:
1. Rozmawiamy po polsku. Zero barier językowych, zero niedopowiedzeń.
2. Podróżnik z krwi i kości. Byłem w 50+ krajach. Logistyka zagraniczna to moja codzienność. Chętnie doradzę miejsca na zdjęcia i sam zorganizuje sobie przyjazd do Was. Tym nie musicie się martwić.
3. Staję się częścią Waszej przygody. Każdą parę traktuję jak nowopoznanych znajomych. Ten luz sprawia, że na zdjęciach jesteście prawdziwi, a nie wyreżyserowani.
Santorini to najpiękniejsze miejsce na ślub, jakie widziałem na własne oczy. Jeśli marzycie o ceremonii na klifie, błękitnych kopułach w tle i zdjęciach, które za 20 lat wciąż będą zapierać dech – napiszcie do mnie.